Odwrócił się ostatni raz.
—Nie odchodź, mamo.
—Nie ruszę się stąd.
Kiedy zniknęła za drzwiami sali operacyjnej, osunąłem się na krzesło.
Nie wiem ile czasu minęło.
Trzydzieści minut.
Jedna godzina.
Z.
Pamiętam tylko, że za każdym razem, gdy dzwonił telefon albo otwierały się drzwi, moje serce biło jak szalone.
Dopóki nie zobaczyłem wchodzącego Carlosa.
Zatrzymał się, gdy mnie zobaczył.
Jego szczęka była napięta.
Nie bał się.
Był wściekły.
„Co zrobiłeś?” wyrzuciła z siebie, podchodząc bliżej. „Zabrałeś Daniela, nic mi nie mówiąc?”
Spojrzałam na niego, nie wstając.
Po raz pierwszy od lat nie czułam strachu przed jego tonem.
Poczułem coś jeszcze.
Wściekłość.
Czysta, lodowata wściekłość.
—Przyprowadziłem go tutaj, bo był chory. A ty nie chciałeś go słuchać.
Carlos rozejrzał się dookoła, czując się nieswojo widząc dwóch strażników na korytarzu.
—Nie przesadzaj. To pewnie tylko zapalenie błony śluzowej żołądka albo coś głupiego.
—Operują go.
Jego wyraz twarzy zmienił się zaledwie na sekundę.
To nie był ból.
To nie była udręka.
To było alarmujące.
Czysty alarm.
„Operujesz?” powtórzył zbyt szybko. „Dlaczego?”
Wtedy wiedziałem, że coś jest nie tak.
Ponieważ normalny ojciec najpierw zapytałby, czy jego syn żyje.
Carlos zapytał dlaczego.
Jakby musiał dokładnie wiedzieć, co odkryli.