Kolejne konieczne kłamstwo.
Wszystko wydarzyło się szybko na oddziale ratunkowym.
Więcej analiz.
Kolejne USG.
Promienie rentgenowskie.
Potem chirurg dziecięcy wziął mnie na stronę.
Była kobietą o surowej twarzy i zmęczonych oczach.
—Pani, musimy interweniować.
Świat znów zaczął się poruszać pod moimi stopami.
—Obsługiwać?
—Tak. Obiekt utknął w delikatnym miejscu jelita. Nie rusza się. Powoduje stan zapalny tkanki. Jeśli poczekamy, może dojść do perforacji.
Miałem wrażenie, że nie mogę zaczerpnąć wystarczająco dużo powietrza.
—Ale… co to jest?
Chirurg zniżył głos.
„Nie mogę powiedzieć tego na pewno, dopóki go nie usuną. Ale nie wydaje się, żeby to było częste zjawisko. Zgodnie z protokołem, powiadomiliśmy już opiekę społeczną i ochronę szpitala”.
Spojrzałem na nią, jakbym nie rozumiał jej języka.
-Bezpieczeństwo?
—Proszę pani, to może nie być wypadek.
Miałam ochotę wymiotować.
Nie z powodu strachu przed operacją.
Nawet słowa „perforować”.
Ale co do tego drugiego pomysłu.
Potworna myśl, której nie mogłem już wyrzucić z głowy.
Że ktoś zrobił to mojemu synowi.
I że ktoś może być w moim domu.
Podpisałem papiery drżącymi rękami.
Widziałem, jak zabierali Daniela korytarzem.