Opowiedział jej o swoim ojcu, o Marion, o całej historii rodziny, którą chłopiec zasługiwał poznać. Jego synowa hojnie pozwoliła mu na wszystko, czego pan Mario nigdy nie zapomni. Po powrocie do Meksyku pan Mario przeszedł przemianę. Tak, ujawnił swoją najpilniej strzeżoną tajemnicę. Tak, zaryzykował skandal, a historia ujrzała światło dzienne. Ale po raz pierwszy od 35 lat był szczery, został dziadkiem, zaakceptował swoje ciało i krew. To było warte wszelkich konsekwencji. Zapytałem go, czy jego synowa planuje powiedzieć o tym prasie.
Powiedział mi, że rozmawiali o tym. Była dyskretną kobietą; nie chciała uwagi mediów. Uzgodnili, że utrzymają ten związek w tajemnicy. Pan Mario będzie go regularnie odwiedzał, pomagał w wychowaniu wnuka, ale wszystko w tajemnicy, nie ze wstydu, ale z szacunku dla pamięci syna i by chronić dziecko przed medialnym cyrkiem. Przez kolejne cztery lata, między 1979 a 1983 rokiem, pan Mario co dwa miesiące jeździł do Los Angeles. Spędzał z wnukiem tygodnie, zabierał go do parku, pomagał mu w odrabianiu lekcji i opowiadał mu historie.
Rozwinęła się piękna relacja dziadka z wnukiem. Chłopiec nazywał go Dziadkiem Mario i szczerze go kochał. W Meksyku pan Mario kontynuował swoją działalność charytatywną z nowym zapałem. Teraz, gdy pogodził się z przeszłością, miał energię, by całkowicie skupić się na pomaganiu innym. Otworzyliśmy dwie kolejne szkoły, klinikę stomatologiczną dla biednych dzieci i schronisko dla kobiet będących ofiarami przemocy domowej – wszystko w tajemnicy. W 1982 roku pan Mario wyznał mi coś zaskakującego. Powiedział mi, że ostatnie kilka lat, odkąd poznał wnuka, było najszczęśliwszymi w jego życiu.
W końcu zerwał łańcuchy oszustwa. Tak, publicznie nadal był Cantinflasem, ale prywatnie był całkowicie Mario Moreno, bez masek, bez udawania. Powiedział mi, że żałuje, że nie zrobił tego wcześniej, że nie wyjawił prawdy, gdy syn jeszcze żył, ale przynajmniej naprawił krzywdę wyrządzoną wnukowi. Chłopiec dorastał wiedząc, kim był jego dziadek, skąd pochodził, wiedząc, że jest kochany. W 1983 roku stan zdrowia pana Mario znacznie się pogorszył.
Jego problemy z sercem się pogorszyły. Lekarze stwierdzili, że potrzebuje ryzykownej operacji lub że może zostaną mu tylko miesiące życia. Odmówił operacji. Powiedział mi, że żył już wystarczająco długo, że spełnił swoje powołanie i jest gotowy odpocząć. Błagałem go, żeby zgodził się na operację, bo jego wnuk jej potrzebuje. Powiedział mi, że z wnukiem wszystko będzie dobrze, że ma teraz 11 lat, jest silnym chłopcem i ma dobrą matkę. Poza tym zostawi mu wystarczająco dużo pieniędzy, żeby mógł zabezpieczyć swoją przyszłość.
Nie było mu to już potrzebne do życia. W listopadzie 1983 roku pan Mario doznał ciężkiego zawału serca. Zabraliśmy go do szpitala. Przeżył, ale był bardzo osłabiony. Spędził tygodnie w łóżku, dochodząc do siebie. W tym czasie codziennie wzywał mnie do swojego pokoju. Rozmawialiśmy godzinami. Opowiedział mi o swoich wspomnieniach z dzieciństwa, o wczesnych latach kariery komika, o wszystkich ważnych momentach swojego życia. Pewnego popołudnia wręczył mi zaklejoną kopertę. Powiedział, że to list dla jego wnuka, który przeczyta, gdy dorośnie.
W tym liście wszystko mu wyjaśniłem. Przeprosiłem, że nie byłem tam wcześniej. Powiedziałem mu, jak bardzo go kocham. Poprosił mnie, żebym osobiście dostarczył mu list, kiedy umrze. Obiecałem, że to zrobię. W grudniu pan Mario wrócił ze szpitala. Był bardzo słaby, ale nalegał na dalszą pracę w organizacjach charytatywnych. Większość pracy wykonałem ja. Teraz sam podejmował ostateczne decyzje, ale wysiłek fizyczny był dla niego zbyt duży. 20 grudnia 1983 roku, o godzinie 18:00, byłem w jego gabinecie i przedstawiałem mu nowe przypadki wymagające pomocy.
Siedział i słuchał w swoim ulubionym fotelu. Nagle przestał odpowiadać na moje pytania. Spojrzałam na niego i zobaczyłam, że ma dziwny wyraz twarzy, jakby widział coś, czego ja nie widziałam. Zaniepokojona, wstałam i podeszłam do niego. Ujął moją dłoń i delikatnie ją ścisnął. Powiedział słabym głosem: „Dziękuję ci, Eleno, za wszystko, za twoją lojalność, za twoją przyjaźń, za to, że pomogłeś mi stać się lepszym człowiekiem. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła”. Powiedziałam mu, że to ja mu dziękuję, że dał mi sensowne życie, że poznanie go było przywilejem.
Uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, tym szczerym, nie uśmiechem Cantinflasa. Potem zamknął oczy, a jego dłoń rozluźniła się w mojej. Jego oddech zwolnił, stał się płytszy, aż w końcu ustał. Mario Moreno, człowiek stojący za Cantinflasem, zmarł spokojnie w wieku 72 lat. Zadzwoniłem do lekarzy, prawników, do wszystkich, do których potrzebowałem. Wieść rozeszła się szybko. Meksyk pogrążył się w żałobie narodowej. Tysiące ludzi opłakiwało komika, który rozśmieszał pokolenia.
Pogrzeb był wielkim wydarzeniem, ulice zapełniły dygnitarze, aktorzy i zwykli ludzie, ale nikt z nich tak naprawdę nie znał człowieka, którego chowali. Znałem tego człowieka. Znałem jego ból, jego skrywaną hojność, jego nieustanną walkę między wizerunkiem publicznym a prywatną prawdą. Znałem ojca, który kochał syna z daleka, filantropa, który pomagał Milesowi, nie szukając uznania, człowieka, który cierpiał, a jednocześnie rozśmieszał miliony. Dotrzymałem obietnicy. Po pogrzebie pojechałem do Los Angeles i wręczyłem list jego wnukowi.
Chłopiec przeczytał to, płacząc. Podziękował mi za opiekę nad jego dziadkiem. Powiedział, że nigdy nie zapomni tego, co dziadek dla niego zrobił w tych ostatnich latach. Dotrzymałem również drugiej obietnicy. Kontynuowałem działalność charytatywną dokładnie tak, jak zaplanował to pan Mario. Przez następne 40 lat poświęciłem życie pomaganiu innym w jego imieniu. Pomogliśmy dziesiątkom tysięcy ludzi, zbudowaliśmy szkoły, kliniki, schroniska – wszystko w tajemnicy. Nikt nigdy nie dowiedział się, że to pieniądze Cantinflasa.