Pracowałem dla Mario Moreno i tej nocy odkryłem człowieka, którego nikt nie znał…

Odpowiedziałem, że to dla mnie zaszczyt: poznać człowieka stojącego za Cantinflasem, zobaczyć jego hojne serce, być świadkiem jego nieustannej walki między osobistym bólem a chęcią pomagania innym. To wszystko nauczyło mnie więcej o ludzkości niż cokolwiek innego w moim życiu. W 1964 roku otrzymaliśmy druzgocącą wiadomość. Marion zginęła w wypadku samochodowym. Jej syn, Mario Arturo, mający wówczas 20 lat, został osierocony przez matkę. Jego ojczym wciąż żył, ale ich relacje były napięte.

Chłopiec był sam, pogrążony w żałobie. Pan Mario był zrozpaczony, gdy się o tym dowiedział. Jego syn cierpiał, a on nie mógł go pocieszyć. Nie mógł nawet pójść na pogrzeb, nie ryzykując, że ktoś nawiąże z nim kontakt. Wysłał anonimowe pieniądze, aby pomóc w pokryciu kosztów pogrzebu. Dyskretnie wynajął prywatnego detektywa, aby informował go o stanie zdrowia syna. Raport był alarmujący. Chłopiec rzucił studia. Pił dużo alkoholu. Miał tymczasowe prace, które nie trwały długo. Był zagubiony. Pan...

Mario chciał interweniować, ale nie wiedział jak. W końcu podjął ryzykowną decyzję. Poprosił zaufanego prawnika, aby skontaktował się z chłopcem, podszywając się pod przedstawiciela fundacji przyznającej stypendia sierotom. Zaproponowali pokrycie kosztów jego studiów, jeśli wróci na uczelnię. Chłopiec się zgodził. Przez kolejne cztery lata pan Mario potajemnie finansował wszystkie studia syna. Chłopiec ukończył studia w 1968 roku, uzyskując dyplom z zarządzania.

Ustabilizował się, dostał dobrą pracę i przestał pić. Pan Mario otrzymywał regularne raporty o swoich postępach. To był jego sposób na bycie ojcem na odległość. W 1970 roku badaczka opisała coś, co ucieszyło pana Mario. Jego syn się ożenił. Żona była pielęgniarką, dobrą i pracowitą kobietą. Spodziewali się dziecka. Pan Mario miał zostać dziadkiem. Płakał łzami mieszanego szczęścia i smutku. Szczęścia, ponieważ jego syn znalazł stabilizację i miłość. Smutku, ponieważ nigdy nie poznał wnuka.

Kiedy dziecko urodziło się w 1971 roku, był chłopcem. Nadano mu imię Mario, po ojcu i dziadku. Trzy pokolenia Mario, ale tylko dwoje się znało. Pan Mario otrzymał zdjęcie dziecka. Było pulchne, miało ogromne policzki i bezzębny uśmiech. Położył je na biurku obok innych zdjęć syna, które przechowywał od lat. Wyznał mi, że czasami fantazjował o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, zapukaniu do drzwi syna, wyjawieniu mu prawdy, powiedzeniu mu, że jest jego ojcem, przedstawieniu się wnukowi, ale wiedział, że byłoby to egoistyczne; wywołałoby chaos w stabilnym życiu, które zbudował jego syn.

Zadowolił się więc zdjęciami i reportażami. To było wszystko, co mógł mieć. W 1972 roku pan Mario skończył 60 lat. Był już staruszkiem, z siwymi włosami, które musiał farbować, żeby wyglądać młodziej w filmach. Jego zdrowie stale się pogarszało, pomimo leków. Lekarze dawali mu może 10 lat życia, jeśli będzie o siebie dbał. Nadal ich ignorował. Zorganizowaliśmy małą uroczystość w domu, tylko dla kilku bliskich przyjaciół.

To nie było huczne przyjęcie, na jakie zasługiwał człowiek jego pokroju. To było kameralne, ciche spotkanie, tylko z ludźmi, którzy naprawdę się dla niego liczyli. Podczas toastu spojrzał na mnie z czułością i publicznie podziękował mi za 21 lat lojalnej służby. Wszyscy bili brawo. Płakałem ze wzruszenia. Tego wieczoru, po wyjściu gości, usiedliśmy w ogrodzie, wpatrując się w gwiazdy. Zapytał mnie, czy żałuję, że poświęciłem życie pracy dla niego.

Odpowiedziałam mu z całkowitą szczerością. Powiedziałam, że niczego nie żałuję, że moje życie miało sens dzięki niemu, że byłam częścią czegoś pięknego, choć skrywanego. Ujął mnie za rękę i powiedział, że po jego śmierci chce, abym kontynuowała jego działalność charytatywną. Wszystko załatwił w testamencie. Zostawi mi wystarczająco dużo funduszy, abym mogła pomagać ludziom przez dziesięciolecia. W ten sposób chciał zapewnić, że jego prawdziwe dziedzictwo – nie to z filmów, ale to, które polega na pomaganiu innym – będzie kontynuowane po jego śmierci.

Obiecałam mu, że to zrobię, że poświęcę resztę życia czczeniu jego pamięci, pomagając innym. W 1975 roku otrzymaliśmy wiadomość, która napełniła nas radością. Rosa, nasza róża z Oaxaca, otworzyła własny warsztat krawiecki. Zatrudniała 10 kobiet, wszystkie samotne matki lub wdowy, które potrzebowały pracy. Odwdzięczała się za otrzymaną pomoc, stwarzając szanse innym kobietom w trudnej sytuacji. Pan Mario płakał z dumy, gdy się o tym dowiedzieliśmy. Właśnie taki wpływ chciał wywrzeć – pomoc, która mnożyła się w coraz szerszych kręgach.