Spędziłem dwa tygodnie w moim rodzinnym mieście. Pogrzeb mojej matki był skromny, ale godny. Wszyscy, których znała, przyszli się z nią pożegnać. Opowiadali historie o jej dobroci, ciężkiej pracy, uśmiechu pomimo ubóstwa. Płakałem słuchając tych opowieści, uświadamiając sobie, że moja matka była cichą bohaterką, jak wiele biednych Meksykanek. Moi bracia byli już dorosłymi mężczyznami. Najstarszy był żonaty i miał dwoje dzieci. Drugi pracował w fabryce w León.
Trzeci wyemigrował na północ w poszukiwaniu lepszego życia. Wszystkim udało się odnieść sukces pomimo ubóstwa. Moja matka osiągnęła swój cel, wychowała pracowite i dobre dzieci. Mogła spoczywać w pokoju. Kiedy wróciłem do Mexico City, coś się we mnie zmieniło. Utrata obojga rodziców uświadomiła mi własną śmiertelność. Miałem 24 lata, ale wiedziałem, że życie może się skończyć w każdej chwili. Postanowiłem, że dopóki żyję, będę się starał, aby moje życie miało znaczenie, tak jak pan Mario liczył się, pomagając innym.
Pan Mario powitał mnie z autentyczną troską. Zapytał o moje rodzeństwo i zaoferował wszelką potrzebną pomoc. Podziękowałem mu i powiedziałem, że wszystko u nich w porządku. Potem usiadłem z nim w gabinecie i opowiedziałem mu o czymś, o czym myślałem podczas mojej podróży. Powiedziałem mu, że chcę poświęcić całe życie pomaganiu mu w działalności charytatywnej. Nie chciałem już być tylko gospodynią domową. Chciałem być jego partnerem w tej misji pomocy Meksykowi. Był zachwycony moją propozycją.
Powiedziała mi, że jestem dokładnie tym, kogo potrzebuje – kimś całkowicie oddanym sprawie. Zaoferowała mi wyższą pensję i dała mi więcej obowiązków. Od tego dnia zostałem oficjalnie jej asystentem ds. działalności filantropijnej. Zatrudniliśmy więcej pracowników do domu. Poświęciłem się całkowicie koordynacji pomocy. W latach 1955–1960 pomogliśmy tysiącom osób. Sfinansowaliśmy setki operacji, tysiące leków, setki pogrzebów i tysiące stypendiów szkolnych. Zbudowaliśmy trzy szkoły na obszarach wiejskich. Ufundowaliśmy dwie kliniki medyczne w ubogich dzielnicach.
Założyliśmy stały fundusz dla wdów i sierot. Wszystko w absolutnej tajemnicy. Nikt nie mógł wiedzieć, który Cantinflas za tym stoi. Pan Mario był w tych latach szczęśliwszy niż kiedykolwiek, odkąd go znałem. Jasny cel i poczucie, że jego życie służy ważniejszemu celowi niż sława, dawały mu spokój. Nadal kręcił filmy, nadal występował publicznie jako Cantinflas, ale prywatnie był Mario Moreno, tajnym filantropem. W 1960 roku wydarzyło się coś, co głęboko go poruszyło. Otrzymał list od Marion.
Jego syn, Mario Arturo, właśnie skończył 16 lat. Był już prawie mężczyzną. Marion przesłała zdjęcie. Chłopiec był wysoki, przystojny, z wąsikiem, który dopiero zaczynał rosnąć, i pewnym siebie uśmiechem. Był tak bardzo podobny do ojca, że nie sposób było temu zaprzeczyć. Marion napisała, że chłopiec coraz częściej pytał o swojego biologicznego ojca. Ojczym powiedział mu, że jest adoptowany. Teraz chciał wiedzieć, kim jest jego prawdziwy ojciec. Pan Mario znów przeżywał kryzys. Marion zapytała go, czy chce, żeby wyjawiła mu prawdę, czy chce poznać syna jako ojca, a nie jako wujka.
To była decyzja, którą należało podjąć teraz, ponieważ chłopiec wkrótce miał stać się dorosły i mieć prawo poznać własną historię. Spędziliśmy tygodnie, omawiając dostępne opcje. Z jednej strony pan Mario bardzo chciał, żeby jego syn poznał prawdę, żeby móc nawiązać z nim prawdziwą relację. Z drugiej strony, ujawnienie jej oznaczało ryzyko publicznego skandalu, zniszczenia kariery i zszargania imienia syna piętnem nieślubnego syna gwiazdy filmowej. Po wielu cierpieniach podjął najboleśniejszą decyzję w swoim życiu.
Napisał do Marion, prosząc ją, żeby nie zdradzała prawdy, że dla syna lepiej będzie, jeśli nadal będzie wierzył, że jego ojczym jest jego prawdziwym ojcem, będzie mógł dorastać normalnie, bez ciężaru bycia sekretnym synem Cantinflasa, żyć własnym życiem bez cienia sławy. To była najwyższa ofiara ojcowskiej miłości – rezygnacja z bycia ojcem, by chronić syna. Kiedy skończył pisać ten list, płakał godzinami. Zostałem z nim w jego pracowni, nie odzywając się ani słowem.
Nie było słów pocieszenia w tej decyzji. Właśnie dobrowolnie zrezygnował z jedynej rzeczy, której naprawdę pragnął w życiu: relacji z synem. Zrobił to z miłości. Taki właśnie był. Marion odpowiedziała kilka tygodni później. Uszanowała jego decyzję. Powiedziała synowi, że jego biologiczny ojciec zmarł przed jego narodzinami. Chłopiec zaakceptował tę historię i poszedł dalej. Nigdy nie dowiedział się, że jego ojciec żyje, że kocha go z daleka, że chronił go przez całe życie.
Ta decyzja coś zmieniła w panu Mario. Stał się bardziej melancholijny, cichszy. Długie rozmowy z przeszłości zniknęły. Jeszcze bardziej pogrążył się w pracy, filmując bez przerwy i pomagając coraz większej liczbie osób. To było tak, jakby próbował wypełnić pustkę nieustanną aktywnością. W 1961 roku otrzymaliśmy wiadomość, która nas uradowała. Rosa, młoda kobieta z Oaxaca, której pomogliśmy, wyszła za mąż. Jej mąż legalnie adoptował jej córkę Elenę. Teraz byli kompletną i szczęśliwą rodziną. Rosa zaprosiła nas na ślub.
Pan Mario nie mógł być obecny publicznie, ale my poszliśmy w przebraniu, siedząc z tyłu kościoła. Widok Rosy promiennej w sukni ślubnej, widok jej siedmioletniej córki jako druhny, widok pana młodego patrzącego na Rosę z czystą miłością – wszystko to napełniło nas radością. Pomogliśmy stworzyć tę radosną historię. Ta rodzina istniała i prosperowała, ponieważ pan Mario interweniował w idealnym momencie. To była prawdziwa nagroda za całą naszą pracę.
W 1962 roku pan Mario zaczął odczuwać problemy zdrowotne: bóle w klatce piersiowej, ciągłe zmęczenie i duszności. Lekarze zdiagnozowali u niego problemy z sercem. Zalecili mu ograniczenie stresu, mniej pracy i więcej odpoczynku. Całkowicie zignorował tę radę. Nadal filmował, organizował wydarzenia publiczne i nadzorował całą pomoc, którą mu udzielaliśmy. Błagałem go, żeby lepiej o siebie dbał, bo jego zdrowie jest ważne. Powiedział mi, że woli umrzeć młodo, robiąc rzeczy, które mają znaczenie, niż żyć wiele lat bez celu.
Powiedział mi, że każdy dodatkowy dzień życia to dar, który muszę mądrze wykorzystać. Nie zamierzałam go marnować na odpoczynek, kiedy tak wielu ludzi potrzebuje pomocy. W 1963 roku skończyłam 33 lata. Pracowałam dla pana Mario od 12 lat. Całe moje życie kręciło się wokół pomagania mu, koordynowania jego działalności charytatywnej i bycia dla niego wsparciem emocjonalnym. Nie miałam własnego życia, rodziny ani partnera. Niektórzy powiedzieliby, że zmarnowałam młodość, pracując dla kogoś innego, ale ja tak tego nie postrzegałam.
Poczułem, że moje życie ma sens, że jestem częścią czegoś większego. Pewnej nocy pan Mario powiedział mi coś, co głęboko mnie poruszyło. Powiedział, że jestem jedyną osobą na świecie, która naprawdę go znała. Jego żona nigdy go tak naprawdę nie znała. Jego syn nie wiedział, że istnieje jako ojciec, ale ja znałem go ze wszystkimi jego wadami, bólem i zaletami, i nadal go szanowałem. To, jak mi powiedział, był najwspanialszy dar, jaki kiedykolwiek mu dano.