To nie były stłumione szlochy jak w domu. To był wyzwalający płacz, głęboki, gardłowy. Tej nocy w hotelu pan Mario nie mógł spać. Siedział przy oknie, obserwując anioły. Siedziałem z nim w milczeniu. Po kilku godzinach przemówił do mnie. Powiedział mi, że ten dzień był najszczęśliwszym i zarazem najsmutniejszym w jego życiu. Szczęśliwy, bo mógł być ze swoim synem, smutny, bo potwierdził wszystko, co stracił. Powiedział mi, że jego syn był wspaniałym chłopcem, inteligentnym, zabawnym, dobrym.
Marion wykonała świetną robotę, wychowując go. Ojczym również wydawał się być porządnym człowiekiem. Jego syn dorastał dobrze, w stabilnym środowisku, otoczony miłością. To powinno go pocieszyć, ale tylko nasiliło ból związany z brakiem możliwości uczestnictwa w tym życiu. Wróciliśmy do Meksyku następnego dnia. Podczas lotu pan Mario nie powiedział ani słowa. Wpatrywał się w okno samolotu z pustym wyrazem twarzy. Wiedziałam, że wszystko analizuje, przechowuje w pamięci każdy szczegół tego dnia, bo nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie miał jeszcze okazję zobaczyć swojego syna.
Po powrocie do domu wróciliśmy do naszej codziennej rutyny. On miał zobowiązania związane z filmowaniem. Ja miałam za zadanie koordynować jego działalność charytatywną, ale coś się zmieniło. Po zobaczeniu syna pan Mario z jeszcze większą determinacją zaczął pomagać innym dzieciom. Czuł się, jakby każde dziecko, któremu pomógł, było ofiarą, hołdem dla jego własnego, nieobecnego syna. We wrześniu rozpoczęliśmy nowy program. Zamierzaliśmy ufundować pełne stypendia dla uzdolnionych dzieci z rodzin o niskich dochodach – 50 stypendiów rocznie, od szkoły podstawowej do uniwersytetu.
Wszystko opłacone: książki, mundurki, transport, jedzenie. Dzieci nigdy nie dowiedzą się, że Cantinflas opłaca ich studia. Pomyślą, że to anonimowa fundacja. W październiku 1954 roku otrzymaliśmy prośbę, która złamała nam serca. Pochodziła od 17-letniej dziewczyny chorej na białaczkę. Lekarze powiedzieli jej, że zostało jej zaledwie kilka miesięcy życia. Jej jedynym marzeniem było poznać Cantinflasa przed śmiercią. Był jej idolem. Widziała wszystkie jego filmy. Marzyła o tym, żeby zobaczyć go osobiście, choćby tylko raz. Zazwyczaj pan Mario trzymał się z daleka od przypadków, którym pomagaliśmy.
Dałby pieniądze, ale nie był osobiście zaangażowany. Ale ta prośba głęboko go poruszyła. Powiedział mi, że odwiedzimy dziewczynę. Pojechaliśmy do szpitala, w którym przebywała. Był to szpital publiczny z łuszczącymi się ścianami i zapachem tanich środków dezynfekujących. Dziewczyna miała na imię Patricia. Leżała w łóżku w pokoju dzielonym z trzema innymi pacjentami. Była bardzo chuda, blada, z szalikiem na głowie, ponieważ straciła włosy po chemioterapii, ale jej oczy błyszczały ze wzruszenia, gdy nas zobaczyła.
Pan Mario usiadł na skraju jej łóżka i wziął ją za rękę. Mówił do niej czule, opowiadał dowcipy i rozśmieszał. Na chwilę Patricia zapomniała o chorobie. Przez godzinę była po prostu szczęśliwą dziewczyną spotykającą swojego idola. Rozdawał autografy, przynosił jej kwiaty, obiecywał, że ją znowu odwiedzi i dotrzymał obietnicy. Przez kolejne dwa miesiące odwiedzał Patricię dwa razy w tygodniu. Przynosił jej czasopisma i czekoladki i opowiadał o kręceniu filmu.
Czasami po prostu siedział z nią w milczeniu, trzymając ją za rękę, gdy spała. Rodzina Patricii była przepełniona wdzięcznością, ale i zagubieniem. Nie rozumieli, dlaczego Cantinflas poświęcał córce tyle czasu. W grudniu stan Patricii gwałtownie się pogorszył. Pewnej nocy otrzymaliśmy pilny telefon ze szpitala. Patricia umierała. Poprosiłem o możliwość ostatniej wizyty u pana Mario. Wyszliśmy natychmiast, mimo że była już noc. Dotarliśmy do szpitala i pobiegliśmy do jej pokoju. Patricia była przytomna, ale ledwo mówiła.
Jej matka i rodzeństwo zebrali się wokół łóżka, płacząc. Pan Mario podszedł do niej. Patricia spojrzała na niego i uśmiechnęła się słabo. Ledwo słyszalnym głosem podziękowała mu za to, że dał jej szczęście w ostatnich miesiącach życia. Powiedziała mu, że umrze w spokoju, wiedząc, że jej idol stał się jej przyjacielem. Pan Mario ujął ją za rękę i delikatnie zaśpiewał kołysankę, którą nuciła mu jego matka, gdy był dzieckiem. Patricia zamknęła oczy, gdy śpiewał.
Jej oddech zwolnił, stał się płytszy, aż w końcu ustał. Zmarła, trzymając za rękę mężczyznę, który był jej światłem w mroku choroby. Pan Mario śpiewał jeszcze przez kilka sekund, jakby nie chciał pogodzić się z jej odejściem. Potem upadł i usiadł obok niej ze spuszczoną głową. Rodzina otwarcie płakała. Pan Mario zaoferował pokrycie wszystkich kosztów pogrzebu. Opuścił szpital z załamaną miną.
Nie odezwał się w drodze do domu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zamknął się w swoim studiu. Całą noc słuchałem smutnej muzyki. To nie był dźwięk bezsenności; to ktoś znowu przeżywał stratę. Następnego dnia zawołał mnie do swojego studia. Oczy miał opuchnięte od płaczu. Powiedział mi coś, co mnie zaskoczyło. Powiedział, że wizyta w Patricii była dla niego bardziej korzystna niż dla niej. Widok, jak z odwagą stawia czoła śmierci, widok, jak zachowuje dobry humor pomimo bólu, widok, jak dziękuje za każdy dodatkowy dzień życia, nauczył go czegoś o wartości istnienia.
Powiedział mi, że ciągle narzekał na swoje życie, na to, że nie może być z synem, na to, że żyje w kłamstwie, ale miał zdrowie, pieniądze, jedzenie na stole, dach nad głową. Patricia nic z tego nie miała, a jednak umarła wdzięczna za to, że żyła. To sprawiło, że zawstydził się swojego użalania się nad sobą. Śmierć Patricii oznaczała zmianę w panu Mario. Zaczął bardziej cenić każdy dzień, mniej narzekać, bardziej skupiać się na pomaganiu niż na narzekaniu.
W styczniu 1955 roku oznajmił mi, że chce rozszerzyć nasz program pomocowy. Nie będziemy już tylko odpowiadać na prośby; będziemy aktywnie szukać osób potrzebujących pomocy. Zatrudniliśmy dwie kolejne osoby, którym całkowicie ufaliśmy, do pomocy w śledztwach. Nadzorowałem wszystko, podlegając bezpośrednio panu Mario. W efekcie pomagaliśmy ponad 100 rodzinom miesięcznie. Płaciliśmy za operacje, leki, pogrzeby, czynsz, stypendia szkolne – cokolwiek było potrzebne. Pan Mario przeznaczał na tę pomoc prawie 50% swoich dochodów.
Pewnego popołudnia zapytałam go, czy nie martwi się wydawaniem tak dużej ilości pieniędzy. Uśmiechnął się i powiedział, że pieniądze to tylko papier, że nie można ich zabrać do grobu, że jedyną prawdziwą wartością pieniędzy jest to, co można z nimi zrobić, aby poprawić życie. Powiedział, że umarłby w biedzie, gdyby to oznaczało, że pomógł każdemu, komu mógł. Te słowa sprawiły, że pokochałam go jeszcze bardziej. Nie była to miłość romantyczna, nigdy taka nie była. To była miłość głębokiego szacunku, szczerego podziwu dla wyjątkowego człowieka przebranego za komika.
Świat ujrzał Cantinflasa, klauna. Znałem Maria, człowieka o złotym sercu, który cierpiał w milczeniu, pomagając tysiącom. W marcu 1955 roku Rosalía ogłosiła przejście na emeryturę. Jej zdrowie podupadało i chciała spędzić ostatnie lata życia z rodziną. Pan Mario dał jej hojną emeryturę i ogromną premię. Rosalía płakała z wdzięczności. W dniu swojej śmierci mocno mnie przytuliła i wyszeptała: „Zaopiekuj się nim, Eleno. Ten człowiek ma serce zbyt wielkie dla tego okrutnego świata”.
Zostałam jedyną gospodynią domową. Pan Mario zatrudnił kucharkę, która przychodziła trzy razy w tygodniu, ale przez resztę czasu w tym ogromnym domu byliśmy tylko my dwoje. Nasza relacja jeszcze bardziej się zacieśniła. Nie byłam już tylko pracownicą; byłam powierniczką, asystentką, przyjaciółką – jedyną osobą, z którą mogłam być całkowicie autentyczna. Pewnego kwietniowego wieczoru zawołał mnie do swojego gabinetu. Pił whisky, co zdarzało mu się rzadko. Zaproponował mi szklankę. Przyjęłam, choć nie byłam do tego przyzwyczajona.
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Potem zaczął mówić o śmierci. Zapytał mnie, czy wierzę w życie po śmierci. Powiedziałem, że tak, że muszę wierzyć, bo inaczej jaki sens miałoby całe to cierpienie? Powiedział, że nie jest pewien. Czasami myślał, że jest coś po śmierci, ale innym razem, że jest tylko pustka. Bał się śmierci i po prostu przestać istnieć. Cała jego sława, cała jego twórczość, wszystko w końcu pójdzie w zapomnienie.
Za 100 lat nikt nie będzie pamiętał, kim był Cantinflas. Wszyscy obrócimy się w proch. Powiedziałem mu, że to nieprawda, że jego filmy będą trwać wiecznie, że przyszłe pokolenia będą się z nim śmiać. Pokręcił głową. Powiedział mi, że filmy to tylko celuloid, że w końcu się rozpadną. Jedyne, co naprawdę pozostaje po człowieku, to wpływ, jaki wywarł na życie innych, a tego wpływu nie da się zmierzyć. Zapytałem go, czy dlatego pomógł tak wielu ludziom, że pozostawił po sobie trwały ślad.
Długo się zastanawiał, zanim odpowiedział. Powiedział mi, że początkowo owszem, pomagał z poczucia winy i chęci pozostawienia po sobie spuścizny, ale teraz pomaga po prostu dlatego, że nie mógł sobie pomóc. Patrzenie na czyjeś cierpienie i chęć pomocy, a jednocześnie odmowa, było dla niego niemożliwe. Stało się to częścią jego tożsamości. Tej nocy rozmawialiśmy do świtu. Rozmawialiśmy o życiu, śmierci, sensie, celu, wszystkich wspaniałych i strasznych aspektach ludzkiej egzystencji. Kiedy w końcu poszliśmy spać, słońce już wschodziło.
Czułam się wyczerpana, ale i spełniona. Te głębokie rozmowy karmiły moją duszę w sposób, którego nie potrafiłam opisać. W maju otrzymałam straszną wiadomość. Zmarła moja matka. Nagły udar. Rodzeństwo dzwoniło do mnie z płaczem. Pan Mario znalazł mnie płaczącą w moim pokoju. Nic nie powiedział, tylko mnie przytulił i pozwolił mi płakać. Potem kazał mi natychmiast jechać do Guanajuato, poświęcić tyle czasu, ile potrzebuję, i niczym się nie martwić. Dał mi pieniądze na pogrzeb i udostępnił swój samochód z kierowcą.