Różnica nie polegała tylko na wysiłku; to było szczęście, okazje, okoliczności. Opowiedział mi o swojej filozofii życia. Powiedział, że ci, którzy mają wiele, mają moralny obowiązek pomagać tym, którzy nie mają nic, że bogactwo nie służy egoistycznemu gromadzeniu, ale dzieleniu się, że pod koniec życia liczy się tylko to, ilu ludziom pomogłeś, ile istnień pozytywnie poruszyłeś. Te filozoficzne rozmowy stały się częste. Pan Mario był głębokim myślicielem, przebranym za komika.
Ciągle czytał filozofię, historię, politykę i literaturę. Jego gabinet był pełen książek z podkreśleniami i notatkami na marginesach. Pożyczał mi książki i pytał o moją opinię, mimo że ledwo skończyłem podstawówkę. Pewnego wieczoru pożyczył mi książkę o egzystencjalizmie. Próbowałem ją przeczytać, ale była dla mnie zbyt skomplikowana. Oddałem ją, przepraszając, że jej nie rozumiem. Uśmiechnął się i wyjaśnił podstawowe pojęcia. Opowiedział mi o absurdalności istnienia, o tym, że każdy człowiek musi znaleźć swój własny sens życia, o tym, że autentyczność jest ważniejsza niż społeczna aprobata.
Zapytałem go, czy czuje, że żyje autentycznie. Milczał przez długi czas. Potem powiedział mi, że nie, że jego życie publiczne jest całkowicie nieautentyczne, że Cantinflas był postacią, którą grał, ale że to nie był on sam. Powiedział mi, że tylko w tych prywatnych chwilach, kiedy potajemnie pomagał ludziom, kiedy rozmawialiśmy bez masek, czuł, że jest naprawdę sobą. W kwietniu 1954 roku otrzymał kolejny list od Marion. Tym razem przyniosła złe wieści. Jego syn, Mario Arturo, miał problemy w szkole.
Kłócił się z innymi dziećmi i źle się zachowywał. Nauczyciele narzekali. Marion martwił się. Ojczym próbował go zdyscyplinować, ale chłopiec się buntował. Marion zapytał, czy pan Mario ma jakąś radę, czy jest coś, co mógłby zrobić z daleka. Pan Mario był dręczony tym listem. Czuł się bezsilny. Jego syn potrzebował silnej ojcowskiej postaci, a on nie mógł być przy nim. Wszystkie pieniądze świata byłyby bezużyteczne, gdyby nie mógł przytulić syna, porozmawiać z nim, pokierować nim.
Napisał długi list do Marion, wyjaśniając techniki pozytywnej dyscypliny, mówiąc o znaczeniu cierpliwości i bezwarunkowej miłości, ale po wysłaniu go załamał się. Powiedział mi, że to absurd, że udziela rad rodzicielskich listownie, podczas gdy powinien być fizycznie obecny jako ojciec. Powiedział, że jego syn zachowuje się niewłaściwie, prawdopodobnie dlatego, że odczuwał brak biologicznego ojca, ponieważ intuicyjnie czuł, że coś jest nie tak w jego życiu. Powiedziałem mu, że może kiedyś, gdy jego syn będzie dorosły, pozna prawdę i zrozumie, dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej.
Pan Mario ze smutkiem pokręcił głową. Powiedział mi, że wolałby, żeby jego syn nigdy nie poznał prawdy, żeby dorastał w przekonaniu, że jego ojczym jest jego prawdziwym ojcem, żeby miał normalne życie bez ciężaru świadomości, że Cantinflas jest jego biologicznym ojcem. W maju tego roku pan Mario rozpoczął zdjęcia do nowego filmu. Nosił tytuł „Raquel's Bolero”. Była to komedia o mężczyźnie, który się zakochuje, ale nie potrafi wyrazić swoich uczuć. Ironia sytuacji nie umknęła mojej uwadze.
Odgrywał historię, która odzwierciedlała jego własne życie. Podczas kręcenia tego filmu pan Mario stał się bardziej introspektywny. Pewnego dnia wyznał mi coś niepokojącego. Powiedział mi, że czasami, grając w swoich filmach i rozśmieszając całą ekipę produkcyjną, czuł się, jakby obserwował swoje życie z zewnątrz, jakby Mario Moreno obserwował Cantinflasa w akcji, zupełnie niezależnie, dwie różne osoby w jednym ciele. Zapytałem go, czy go to przeraża.
Powiedział mi, że tak, że czasami boi się, że całkowicie straci Mario Moreno, że Cantinflas całkowicie go pochłonie, aż nic nie pozostanie z prawdziwego mężczyzny. Dlatego tak cenił nasze rozmowy, bo kiedy rozmawialiśmy, zwracałem się do Mario, a nie do Cantinflasa. To podtrzymywało go na duchu i dawało poczucie człowieczeństwa. W czerwcu wydarzyło się coś, co wystawiło naszą dyskrecję na próbę. Ambitny dziennikarz zaczął badać życie prywatne pana Mario. Zadawał pytania sąsiadom, rozmawiał z lokalnymi przedsiębiorcami i próbował przekupywać pracowników w innych domach, żeby rozsiewali plotki.
Było oczywiste, że szukał skandalicznego materiału do publikacji. Pan Mario bardzo się zdenerwował. Gdyby dziennikarz dowiedział się o jego sekretnym synu, jego anonimowych organizacjach charytatywnych, próbie samobójczej, wszystko ległoby w gruzach. Jego kariera by się skończyła, a wizerunek zrujnowany. Rosalía i ja wzmogłyśmy czujność. Nie rozmawiałyśmy z nikim o niczym. Kiedy dziennikarz próbował nas przekupić, oferując pieniądze za informacje, natychmiast odmówiłyśmy. Pewnej nocy dziennikarz pojawił się w drzwiach. Zażądał rozmowy z panem Mario.
Powiedział, że ma dowody na coś, co opinia publiczna powinna wiedzieć. Pan Mario przyjął go w swoim studio. Zostałem na zewnątrz, ale podsłuchałem część rozmowy. Dziennikarz oskarżył pana Mario o sekretne kochanki i finansowanie kobiety w Stanach Zjednoczonych. Pan Mario poradził sobie z sytuacją z imponującym opanowaniem. Powiedział dziennikarzowi, że może publikować, co chce, ale powinien najpierw rozważyć konsekwencje. Przypomniał mu, że on, Cantinflas, jest kochany przez cały Meksyk.
Każdy dziennikarz, który próbowałby zniszczyć jego wizerunek, naraziłby się na nienawiść narodu meksykańskiego. Ich kariera dziennikarska skończyłaby się przed karierą Cantinflasa. Co więcej, zaoferował mu coś sprytnego. Powiedział, że jeśli dziennikarz zachowa dyskrecję, udostępni mu ekskluzywne informacje o swoich przyszłych projektach, uprzywilejowane wywiady i dostęp, jakiego nie miałby żaden inny dziennikarz. Dla jego kariery korzystniejsze było bycie ulubionym dziennikarzem Cantinflasa niż bycie tym, który próbuje go zniszczyć. Dziennikarz przyjął ofertę, opuścił dom i nigdy nie opublikował niczego kompromitującego.
Ale ten incydent bardzo zdenerwował pana Mario. Zdał sobie sprawę, że jego prywatność jest stale zagrożona, że w każdej chwili ktoś może odkryć jego sekrety. Ta ciągła presja powoli go zabijała. W lipcu 1954 roku wydarzyło się coś pięknego, co dało mu nadzieję. Rosa, młoda kobieta z Oaxaca, której pomogliśmy, odwiedziła nas ze swoją córeczką, Eleną. Dziewczynka miała pięć miesięcy. Była pulchna i zdrowa. Rosa wyglądała na odmienioną, promienną i dumną ze swojej córki. Powiedziała nam, że poznała w fabryce tekstyliów dobrego mężczyznę, który zaakceptował ją z jej historią i pokochał dziecko jak własne.
Pan Mario trzymał dziecko z nieskończoną czułością. Kołysał je w ramionach, a dziewczynka patrzyła na niego z ciekawością. Widziałem łzy spływające mu po twarzy. To dziecko reprezentowało wszystko, czego nie mógł mieć z własnym dzieckiem, ale przynajmniej mógł mieć to: przywilej sprowadzenia tego życia na świat w godnych warunkach. Kiedy Rosa odeszła, pan Mario powiedział mi coś, co utkwiło mi w pamięci. Powiedział, że być może Bóg umieścił go na tej ziemi z tą sławą i pieniędzmi nie dla własnego szczęścia, ale po to, by był narzędziem pomocy innym.
Być może jego osobiste cierpienie miało jakiś cel, skoro dało mu empatię i chęć niesienia pomocy innym cierpiącym. W sierpniu 1954 roku pan Mario postanowił zrobić coś ryzykownego. Chciał potajemnie pojechać do Los Angeles, aby zobaczyć syna po raz ostatni, zanim ten zestarzeje się na tyle, że nie będzie go już w stanie rozpoznać. To było niezwykle niebezpieczne. Gdyby ktoś go rozpoznał, gdyby dowiedziała się o tym prasa, wszystko wyszłoby na jaw. Jednak pragnienie zobaczenia syna było silniejsze niż strach.
Poprosił mnie, żebym mu towarzyszył. Potrzebował kogoś, komu mógłby zaufać, kto pomógłby mu utrzymać kamuflaż. Lecieliśmy samolotem rejsowym, miał na sobie okulary przeciwsłoneczne, kapelusz, sztuczne wąsy nałożone na prawdziwe i zwykłe ubrania. Nikt go nie rozpoznał. Przylecieliśmy do Los Angeles i zatrzymaliśmy się w skromnym hotelu pod przybranymi nazwiskami. Marion wszystko załatwiła. Spotkaliśmy ją i chłopaka w parku publicznym. Kiedy zobaczyłem Mario Arturo po raz pierwszy na żywo, uderzyło mnie, jak bardzo przypominał swojego ojca.
Miał te same wyraziste oczy, ten sam sposób uśmiechania się. Chłopiec miał teraz 10 lat. Był wysoki jak na swój wiek, szczupły, z niespożytą energią zdrowego dziecka. Pan Mario spędził całe popołudnie bawiąc się z nim. Rzucali piłką baseballową, jedli lody, rozmawiali o szkole, przyjaciołach i rzeczach, które lubił. Chłopiec tak naprawdę nie wiedział, kim był ten miły człowiek. Dla niego był po prostu wujkiem Mario, przyjacielem matki, który od czasu do czasu ich odwiedzał.
Obserwowałem ich z pobliskiej ławki, udając, że czytam książkę, ale nie spuszczając z nich wzroku. Szczęście na twarzy pana Mario było szczere, całkowite, nieudawane. W tym momencie nie był Cantinflasem; był po prostu ojcem cieszącym się swoim synem. Marion również obserwowała ich z daleka z melancholijnym wyrazem twarzy. Wiedziała, jaki ból to wszystko powoduje. Kiedy nadszedł czas pożegnania, pan Mario mocno przytulił syna. Chłopiec roześmiał się i powiedział mu, że go zgniata.
Rozluźnił uścisk, ale nie puścił. W końcu Marion musiała interweniować, mówiąc, że czas iść. Chłopiec pomachał nonszalancko na pożegnanie i pobiegł w stronę samochodu. Nie obejrzał się. Dla niego to było po prostu popołudnie w parku, ale dla pana Mario było to pożegnanie, które, jak wiedział, mogło być ostateczne. Kiedy samochód odjechał, stał w parku i patrzył, aż zniknął mu całkowicie z oczu. Potem osunął się na ławkę i płakał, nie przejmując się tym, że go widzę.