Przez lata praktykowałem cierpliwość tak, jak niektórzy ludzie praktykują religię. Wybaczałem zapomniane urodziny, upokarzające żarty przy kolacjach z przyjaciółmi, niekończące się drobne pożyczki dla Rocío.
Ale tego ranka coś we mnie się zmieniło.
Nie pęknięte.
Przesunięte.
I nie było już drogi powrotnej.
Rocío ostrożnie zrobiła krok naprzód, jakby zbliżała się do nerwowego zwierzęcia.
„Elena, daj spokój” – powiedziała z wymuszoną słodyczą. „Przesadzasz. Sergio po prostu stracił panowanie nad sobą”.
Spojrzałem na jej torebkę, tę, o którą poprosiła mnie dwa miesiące wcześniej, bo poprzednia nagle stała się „za stara”.
„Czy stracił panowanie nad sobą?” – zapytałem cicho – „czy myślał, że nie będzie żadnych konsekwencji?”
Otworzyła usta, a potem je zamknęła.
Sergio skrzyżował ramiona.
„Zawsze tak robisz” – powiedział. „Robisz z wszystkiego dramat. Zachowujesz się jak ofiara”.
Słowo „ofiara” sprawiło, że coś zimnego zagościło w mojej piersi.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy on naprawdę wierzy w to, co mówi, czy też po prostu łatwiej mu było w to uwierzyć.
Policjant odchrząknął.
„Pani Martín zakończyła odbiór swoich rzeczy. Otrzymasz formalne zawiadomienie w sprawie skargi.”
Sergio w końcu zauważył puste półki.