„Eli” – powiedziałem ostrożnie – „powiedz mi wszystko”.
Przełknął ślinę. „Dziś rano słyszałem go w piwnicy z panem Gradym. Rozmawiali o przecieku. Pan Grady powiedział, że wyciek rozprzestrzeni się szybciej, jeśli okna pozostaną zamknięte. Tata powiedział, że to nic – bo do zmroku nikt nie zostanie”.
Krew odpłynęła mi z twarzy.
Wtedy to usłyszałem — słaby metaliczny dźwięk dochodzący gdzieś spod podłogi.
Eli wyszeptał: „Zamknął bramę… i wyłączył wzmacniacz sygnału telefonicznego”.
Na ułamek sekundy zamarłem – i w tej sekundzie zrozumiałem, jak naprawdę działa niebezpieczeństwo. Niegłośne. Nieoczywiste. Ciche, precyzyjne, już w ruchu, zanim zdążysz pomyśleć.
Wtedy Eli pociągnął mnie za rękę. „Nie frontowe. Drzwi do piwnicy są otwarte”.
Pobiegliśmy.
W połowie schodów uderzył mnie zapach – ostry, nie do pomylenia. Gaz. Świeży. Celowy. W piwnicy było ciemno, ale wpadało wystarczająco dużo światła, żebym zobaczył to, co chciałem: odłączony gazociąg, wyłącznik czasowy przypięty do skrzynki elektrycznej, przewody biegnące w kierunku zapłonu.
Moje nogi prawie odmówiły mi posłuszeństwa.
Eli złapał mnie za rękaw. „Mówiłem ci.”
Zaciągnąłem go z powrotem na górę.
„Telefon” – powiedziałem.
„Brak sygnału. Wyłącza go.”