—Nie. Kształtem i rozmiarem bardziej przypomina plastikową kapsułkę… albo mały pojemnik.
Spojrzałam na niego bez tchu.
Daniel ścisnął moją dłoń.
—Mamo, zrobisz mi zastrzyk?
Prawie się wewnętrznie załamałem.
Podszedłem do niego i pogłaskałem go po włosach.
—W porządku, kochanie. Zrobią ci tylko dokładne badanie.
Skłamałem.
Skłamałem, bo albo to, albo załamanie się nastąpiło natychmiast.
Lekarz wziął głęboki oddech.
„Musimy przenieść go do większego szpitala. To może powodować częściową niedrożność. A jeśli ten przedmiot pęknie lub pęknie, mogą wystąpić bardzo poważne powikłania”.
„Czy się otwiera?” powtórzyłem. „Co masz na myśli?”
Spojrzał mi w oczy przez kilka sekund.
—No cóż, nie wygląda na coś, co dziecko mogłoby przypadkowo połknąć podczas zabawy. Jest za głębokie. A sądząc po wyglądzie… Muszę ci zadać trudne pytanie.
Skinąłem głową, niemal nie czując swojego ciała.
—Czy twój syn był sam z kimś, kto mógł go zmusić do połknięcia czegoś?
Poczułem mocne uderzenie w klatkę piersiową.
Obraz przeszył mnie niczym piorun.
Carlos.
Carlos nalegał, żeby zabierać Daniela „na męski spacer” niektóre popołudnia.