Kiedy nasze dzieci wróciły do ​​szpitala następnego ranka – udając, że są uważne, udając, że się nimi interesują – moje łóżko było puste. Pielęgniarka powiedziała po prostu:

Wiatr delikatnie poruszał drzewami.

„Myślisz, że kiedyś się zmienią?” zapytała.

Spojrzałem na nią ze smutkiem.

„Mam taką nadzieję.”

Minęły dwa tygodnie.

Naszym dzieciom w końcu udało się nas znaleźć.

Przybyli wściekli.

Diego zaczął walić w drzwi.

„Tato! Wiemy, że tu jesteś!”

Ernesto spokojnie otworzył drzwi.

„Możesz wejść.”

Wkroczyli jak burza.

Graciela zabrała głos jako pierwsza.

„Jak mogłeś tak zniknąć? Martwiliśmy się!”

Spojrzałem na nią uważnie.

"Zmartwiony?"

Diego skrzyżował ramiona.

„Oczywiście, że tak.”

Wziąłem głęboki oddech.

„Słyszałem wszystko.”

Zapadła cisza, niczym kamień.

Ich twarze zmieniły się natychmiast.