Po raz pierwszy na ich twarzach pojawił się cień zaniepokojenia.
Tymczasem Lucía i ja byliśmy ponad trzy godziny drogi stąd.
Mój stary przyjaciel, Ernesto, przyjechał po nas ze szpitala przed świtem. Przez lata był moim prawnikiem i jednym z niewielu ludzi, którym całkowicie ufałem.
Zawiózł nas prosto do swojego wiejskiego domu.
Tam, po raz pierwszy odkąd wybudziłem się ze śpiączki, mogłem odetchnąć spokojnie.
Oczy Lucíi były nadal opuchnięte od płaczu.
„Jak mogli to zrobić?” wyszeptała. „To nasze dzieci…”
Delikatnie wziąłem ją za rękę.
„Może wychowaliśmy ich tak, dając im wszystko… oprócz szansy na nauczenie się, ile kosztuje zdobycie tego.”
Tego samego dnia wezwałem Ernesta do jego biura.