Policjant przemówił cicho:
„Proszę pani, proszę pójść za mną”.
Mój głos drżał.
„Czy mój syn żyje?”
Unikał mojego wzroku przez pół sekundy — wystarczająco długo, aby ogarnęła mnie panika.
„Proszę” – błagałem. „Czy Grant żyje?”
„Nie mogę o tym tu rozmawiać” – powiedział cicho. „Ale musisz iść ze mną”.
Zajrzałem do domu. Stół urodzinowy wciąż tam był. Świece były prawie całkowicie wypalone.
„Moje dzieci miały tu dziś być” – wyszeptałam.
„Przepraszam” – odpowiedział.
Zamknąłem drzwi i wsiadłem do radiowozu.
Podczas podróży ogarnął mnie niepokój.
„Dokąd idziemy?” zapytałem.
"Niedaleko."
„Gdzieś niedaleko?”
"Bezpieczne miejsce."