Czekałam cztery godziny na przyjazd szóstki moich dzieci na moje sześćdziesiąte urodziny, ale w domu panowała cisza – aż do momentu, gdy policjant wręczył mi notatkę, która przeszyła mnie dreszczem.

Policjant przemówił cicho:
„Proszę pani, proszę pójść za mną”.

Mój głos drżał.
„Czy mój syn żyje?”

Unikał mojego wzroku przez pół sekundy — wystarczająco długo, aby ogarnęła mnie panika.

„Proszę” – błagałem. „Czy Grant żyje?”

„Nie mogę o tym tu rozmawiać” – powiedział cicho. „Ale musisz iść ze mną”.

Zajrzałem do domu. Stół urodzinowy wciąż tam był. Świece były prawie całkowicie wypalone.

„Moje dzieci miały tu dziś być” – wyszeptałam.

„Przepraszam” – odpowiedział.

Zamknąłem drzwi i wsiadłem do radiowozu.

Podczas podróży ogarnął mnie niepokój.

„Dokąd idziemy?” zapytałem.

"Niedaleko."

„Gdzieś niedaleko?”

"Bezpieczne miejsce."