Wyobrażałam sobie, że moje sześćdziesiąte urodziny będą wyjątkowe: suto zastawiony stół, śmiech i znajome głosy moich dzieci.
Zamiast tego dom pogrążył się w ciężkiej ciszy. Posiłek, który przygotowałem, powoli stygł, a z każdą minutą puste krzesła wydawały się cięższe. Kiedy w końcu ktoś zapukał do drzwi, to wcale nie był głos rodziny.
Czekałem cztery godziny na przyjście na świat mojej szóstki dzieci.
Cztery długie godziny spędzone samotnie przy stole zastawionym dla siedmiu osób, otoczeni talerzami jedzenia i z sercem pełnym nadziei.
Kiedy wyszłam za mąż za ich ojca, zawsze mówił, że chce mieć dużą rodzinę.
„Hałaśliwy dom” – zażartował. „Stół, który zawsze jest pełny”.