1950 rok: Złapałam narzeczonego z najlepszą przyjaciółką w sadzie — więc poślubiłam jej wybranka na złość, a związek zbudowany na urazie zamienił się w namiętność i cichą zemstę, o której będą szeptać przy studni jeszcze dwadzieścia lat

Aleksander tłumaczył się pracą i obowiązkami w domu.
Ludmiła starała się wierzyć, ale w środku rosła jej cicha niepewność.
Gdy Ludmiła mówiła, że tęskni, Aleksander odpowiadał, że „normy są teraz takie, że człowiek ledwie stoi”. Przytulał ją, obiecywał, że po ślubie wszystko się zmieni — będzie już tylko ich wspólne życie. A jednak w tych uściskach brakowało dawnej swobody. Dotyk był ciepły, ale jakby spóźniony, a oczy — jakby ukrywały coś, czego nie chciały zdradzić.

Spotkanie przy studni, które zapamiętała na zawsze
Pewnego dnia, wracając z poczty z listem od ciotki z miasta, Ludmiła zobaczyła Wierę i Aleksandra przy starej studni z żurawiem. Rozmawiali żywo, lecz gdy tylko ją spostrzegli, urwali w pół zdania. Wiera uśmiechnęła się z lekkim zawstydzeniem i szybko zaproponowała, by Ludmiła pomogła jej przyszyć koronkową tasiemkę do sukni.

Ludmiła, choć poczuła ukłucie w żołądku, zgodziła się bez wahania — tak jak zawsze. Zaprosiła też Aleksandra do siebie na kapuśniak i ciasto, które lubił od lat. On odmówił, powołując się na obowiązki w domu i wyjazd rodziców na targ. Obiecał za to, że przyjdzie następnego wieczoru, pod starą wierzbę nad wodą.

Jej serce usłyszało w tej obietnicy coś obcego: niby „tak”, a jednak bez dawnej pewności.

Sad, zmierzch i słowa, których nie da się „odsłyszeć”
Do ślubu zostały trzy tygodnie. Tego wieczoru niebo paliło się czerwienią i złotem, a w powietrzu unosił się zapach dojrzałych jabłek. Wracając od babci z krańca osady, Ludmiła skróciła drogę przez kołchozowy sad. Myślała o wrześniu: o stołach ustawionych na skraju, o śmiechu ludzi, o muzyce, o tym, że wszystko wreszcie będzie „na swoim miejscu”.