1950 rok: Złapałam narzeczonego z najlepszą przyjaciółką w sadzie — więc poślubiłam jej wybranka na złość, a związek zbudowany na urazie zamienił się w namiętność i cichą zemstę, o której będą szeptać przy studni jeszcze dwadzieścia lat

— Jeden dzień, jedna uroczystość dla wszystkich… A może i dzieci kiedyś urodzą się w podobnym czasie? — rozmarzyła się Wiera, kręcąc się po izbie Ludmiły, gdy przyniesiono wiadomość z urzędu o przyjętych podaniach.

Ludmiła odpowiedziała ciszej, ostrożniej. Cieszyła się, ale gdzieś pod sercem miała drżenie — jakby stała na brzegu czegoś wielkiego i nie do końca znanego. Wiera szybko przytaknęła, uspokajając przyjaciółkę, że to naturalne: przed ważnym krokiem każdy się boi, a strach z czasem zmienia się w słodkie oczekiwanie.

Coraz rzadsze wizyty i niepokojąca cisza
Lato toczyło się powoli ku końcowi. Ludmiła z matką szykowały wyprawę: wybierały wzory na haftowane ręczniki, przeglądały pościel, planowały świąteczne potrawy. Wiera natomiast zaczęła wpadać coraz rzadziej — tłumaczyła się pomocą przyszłej teściowej i własnymi przygotowaniami. Niby wszystko brzmiało rozsądnie, a jednak w jej zachowaniu czuć było pośpiech i napięcie.

Także Aleksander, narzeczony Ludmiły, przestał bywać tak często jak dawniej. Najpierw znikał na dzień, potem na dwa, aż w końcu pojawiał się tylko na chwilę, raz czy dwa w tygodniu. Wyglądał na zmęczonego, myślami odlatywał gdzieś daleko, a jego ciepło — kiedyś naturalne — stało się jakby wyuczone.

Wiera nie miała już czasu na długie rozmowy, tylko załatwiała sprawy „na szybko”.