1950 rok: Złapałam narzeczonego z najlepszą przyjaciółką w sadzie — więc poślubiłam jej wybranka na złość, a związek zbudowany na urazie zamienił się w namiętność i cichą zemstę, o której będą szeptać przy studni jeszcze dwadzieścia lat

Latem 1950 roku osada Kalinowska tonęła w zapachu bzu i kwitnących jabłoni. Powietrze było ciężkie od słodyczy, a dni zdawały się obiecywać spokój po trudnych latach. W samym środku tej codziennej, wiejskiej ciszy dorastały dwie dziewczyny, związane ze sobą od najmłodszych lat jakby niewidzialną nicią.

Ludmiła i Wiera poznały się, gdy miały po pięć lat — na polance niedaleko starego młyna. Od tej pory niemal nie umiały funkcjonować osobno. Razem biegały boso po rosie, razem chowały się przed burzą w stodole, dzieliły jedną ławkę w szkole. W 1941 odprowadzały ojców na wojnę, ściskając sobie dłonie tak mocno, aż bielały palce. W 1943 wspólnie przetrwały zimę żałoby po mamie Wiery, a później razem witały ocalałych ojców, którzy wrócili żywi, choć starsi o całe dekady w spojrzeniu.

Podwójne szczęście zaplanowane na jeden dzień
Gdy wreszcie życie zaczęło układać się spokojniej, pojawiła się radość, na którą czekała cała osada: obie przyjaciółki miały wyjść za mąż. Ustalono, że wesela odbędą się tego samego dnia — na początku września, kiedy złoto liści miesza się jeszcze z zielenią traw. Ludmiła była zaręczona z Aleksandrem, a Wiera z Wiktorem. Chłopcy trzymali się razem od lat, tak jak dziewczyny, więc ludzie w Kalinowskiej mówili, że to „cztery połówki jednej historii”.