Adres doprowadził mnie do małego domu.
„Jestem William” – powiedział. „Byłem lekarzem twojej córki”.
Wskazał na kanapę. „Proszę. Usiądź.”
William usiadł naprzeciwko mnie i wyciągnął teczkę. „Rok temu u twojej córki zdiagnozowano raka w czwartym stadium”.
Wszystko we mnie zamarło. „Co?”
„Przyszła do mnie, gdy zaczęły się u niej pojawiać objawy. Zrobiliśmy badania. Choroba była agresywna. Miała niecały rok”.
„Byłem lekarzem twojej córki.”
„Kupowała te prezenty swoim dzieciom przez kilka miesięcy. Chciała, żeby dostały coś od niej na każdą ważną chwilę w swoim życiu”.
„Dlaczego mi nie powiedziała?”
„Chciała. Ale powiedziała, że już za dużo przeżyłeś. Nie mogła zmusić cię, żebyś patrzył, jak ona też słabnie. Poprosiła mnie, żebym wysłał paczkę tydzień przed urodzinami Lily. Żebyś miał czas się przygotować”.
„Ona nie mogła sprawić, żebyś patrzył, jak ona też blaknie.”
Spojrzałam na niego. „Urodziny Lily są w przyszłym tygodniu”.
„Wiem. Dlatego ci to wysłałem”. Potem podał mi małe pudełko. „Chciała, żebyś to dostał”.
Otworzyłem. W środku był medalion. Złoty. Delikatny.
Dzieciaki mnie przytulają. Zdjęcie zrobione zeszłego lata nad jeziorem. Wszyscy się uśmiechamy. Darla była za obiektywem.
Następnie wręczył mi małe pudełko.
William siedział cicho, podczas gdy ja płakałam.
W końcu otarłam oczy. „Czy jej mąż wiedział?”
„Nie. Nie powiedziała mu. Planowała się z nim rozwieść po powrocie. On nic o tym nie wiedział. A katastrofa położyła kres wszystkiemu, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć”.
Jechałem do domu oszołomiony, zastanawiając się, dlaczego Darla chciała, żebym to ja dostał paczkę, a nie jej mąż, skoro jeszcze żył, przed wypadkiem. To nie miało sensu.
Chyba że było coś jeszcze. Coś, o czym nie powiedziała Williamowi.