„Dobrze” – odetchnęła z ulgą moja mama. „Alysso… nie rozmawiajmy o tym z nikim innym. Niech to zostanie w naszej prywatności”.
I znowu to samo.
Prywatny.
Kiedy zakończyłam rozmowę, nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu siedziałam w martwej ciszy mojego mieszkania, aż wzeszło słońce, sprawiając, że pokój stał się blady i nieubłagany.
Potem zadzwoniłem do Simona.
Odebrał po drugim dzwonku. „Zaprosili cię, żebyś przyszedł, prawda?”
"Tak."
„Dobrze”. W jego głosie słychać było nie tyle satysfakcję, co raczej ponure potwierdzenie. „Niczego nie podpisuj. Nie kłóć się. Nie reaguj. Obserwuj”.
„Obserwuj” – powtórzyłem, jakby to słowo mogło stać się moją zbroją.
„To będzie wyglądało osobiście” – ostrzegł Simon. „Ale to, w co się wkraczasz, to nie jest rodzinna rozmowa. To transakcja”.
Rozłączyłam się i ubrałam z mechanicznym spokojem, niczym ktoś przechodzący przez ćwiczenia przeciwpożarowe. Wybrałam dżinsy i czarny sweter. Nic drogiego. Nic miękkiego. Związałam włosy w ciasny kok, który sprawił, że bolała mnie skóra głowy, bo ból był łatwiejszy do zniesienia niż dezorientacja.
W drodze do domu rodziców żołądek ściskał mi się tak mocno, że miałem wrażenie, jakby miał się zapaść w sobie. Każde czerwone światło sprawiało, że pociły mi się dłonie. Każdy kilometr przywoływał kolejne wspomnienie, które skrywałem głęboko, bo łatwiej było funkcjonować, gdy udawało się, że dzieciństwo było „w porządku”.
Mój dom rodzinny wydawał się mniejszy, niż go zapamiętałem.
Może się nie skurczyła. Może po prostu wyrosłam z tej wersji siebie, która kiedyś stała na ganku z oceną w dłoniach i nadzieją w sercu, czekając na to, że jej wystarczy.
Zaparkowałem przy krawężniku i usiadłem na chwilę, patrząc w przednią szybę. Zasłony drgnęły.
Oni mnie obserwowali.
Oczywiście, że tak.
Kiedy weszłam do środka, powietrze było duszne, jakby dom wstrzymał oddech. Mama mnie nie przytuliła. Nawet nie dotknęła mojego ramienia. Po prostu zamknęła za mną drzwi i wyszeptała: „Nie mamy dużo czasu. Twój ojciec idzie po dokumenty”.
Jakby czas był ich wrogiem.