U nas z Peterem jest inaczej – zaprotestowałam.
Oczywiście, że inaczej, u każdego jest inaczej – uśmiechnęła się mama. Ale jedno jest takie samo: milczenie trwa, dopóki wszystko nie zgnije.
Nie odpowiedziałam. Co powiedzieć, skoro mama w gruncie rzeczy ma rację?
Dzień minął w zgiełku przygotowań. W sobotę goście pojawili się punktualnie o drugiej. Mieszkanie wypełniło się głosami, śmiechem, zapachem jedzenia i wina. Mama promieniała w swojej zabytkowej sukni z koralikami, przyjmowała gratulacje i całowała wszystkich po kolei. Stałam przy oknie z filiżanką herbaty, obserwując, jak Dmitrij rozmawia z moim wujkiem – po raz pierwszy od dawna wyglądał na żywego, prawdziwego. Potem podszedł do mnie, wyciągnął rękę: „Zatańczymy?”. Zdziwiłam się, ale skinęłam głową. Nie tańczyliśmy od czasu, gdy nasze milczenie stało się codziennością. W tłumie, w zgiełku, przy starej piosence, którą kiedyś puszczano na weselu, zamarliśmy naprzeciw siebie i po raz pierwszy od dawna nie czułam zmęczenia. Mama patrzyła na nas zza stołu i cicho się uśmiechała. A ja pomyślałam, że może jeszcze nie wszystko się zepsuło.