Pracowałem dla Mario Moreno i tej nocy odkryłem człowieka, którego nikt nie znał…

Myłam okna w salonie, kiedy wszedł po szklankę wody. Zobaczył, że pracuję, i przerwał. Zapytał mnie o imię. Odpowiedziałam, że Elena, do usług. Uśmiechnął się i powiedział, że nie muszę zwracać się do niego formalnie, że wystarczy pan Mario. Zapytał, skąd jestem, jak długo mieszkam w stolicy i czy lubię tam pracować. Odpowiedziałam nieśmiało, wciąż zdenerwowana rozmową z kimś tak sławnym.

Potem powiedział mi coś, co mnie zaskoczyło. Powiedział, że on też był biedny, że on też pochodził z ubogich rodzin, że wie, jak to jest ciężko pracować, żeby utrzymać rodzinę. Powiedział mi, że jako młody człowiek był wędrownym artystą estradowym, że służył w wojsku, że głodował, zanim odniósł sukces jako komik. Opowiedział mi o tym wszystkim z życzliwym uśmiechem, z autentyczną pokorą. Ta rozmowa trwała zaledwie 10 minut, ale sprawiła, że ​​poczułem się doceniony. Nie traktował mnie jak niewidzialnego pracownika, ale jak człowieka.

Od tego dnia zacząłem postrzegać go inaczej. Nie był już tylko słynnym celebrytą; był Mario, człowiekiem z krwi i kości. Przez kolejne kilka tygodni ta sama rutyna trwała. Ja pracowałem, on wychodził i wracał. Pani Valentina jeździła na spotkania i z powrotem. Dom chodził jak w zegarku, ale zacząłem dostrzegać coś, co nie pasowało do publicznego wizerunku najradośniejszego mężczyzny w Meksyku. W nocy, gdy wszyscy spali, usłyszałem kroki na korytarzu.

To były powolne, ciężkie kroki, idące tam i z powrotem. Początkowo myślałem, że to moja wyobraźnia albo że ktoś cierpi na bezsenność, ale powtarzało się to każdej nocy, zawsze po północy, zawsze ten sam rytm kroków, idących tam i z powrotem. Pewnej nocy wstałem, żeby pójść do łazienki i zobaczyłem światło pod drzwiami pracowni pana Mario. Była druga w nocy. Usłyszałem cichą muzykę dochodzącą ze środka. Nie była to muzyka radosna; melancholijna, smutna.

Stałam na korytarzu przez kilka sekund, niepewna, co robić. Następnego dnia zapytałam Rosalíę, czy pan Mario ma problemy ze snem. Spojrzała na mnie poważnie i powiedziała, że ​​lepiej nie zadawać pytań, bo każdy ma swoje powody, żeby robić to, co robi, że jesteśmy tu do pracy, a nie po to, żeby wściubiać nos w prywatne życie szefa. Ale nie mogłam nie zauważyć pewnych rzeczy. Podczas śniadania pan Mario miał cienie pod oczami.

Pił kawę filiżanka za filiżanką, jakby potrzebował kofeiny do funkcjonowania. Czasami wpatrywał się w przestrzeń z filiżanką w dłoni, pogrążony w myślach, które wyraźnie nie były radosne. Kiedy zdawał sobie sprawę, że go obserwuję, uśmiechał się i opowiadał dowcip, wracając do swojej zwykłej postawy. W grudniu tego roku, 1951, dom był pełen przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. Pani Valentina zorganizowała wielką posadę na 16 grudnia.

Zaprosili aktorów, reżyserów, producentów, ważne osobistości z meksykańskiego kina. Pracowaliśmy całymi dniami, przygotowując jedzenie, dekorując dom, sprzątając każdy kąt. W noc posady przybyły dziesiątki eleganckich osób: mężczyźni w drogich garniturach, kobiety w pięknych sukniach i lśniącej biżuterii. Była muzyka mariachi, gorący poncz, tamales, buñuelos – wszystko tradycyjne, ale na wielką skalę. Pan Mario był idealnym gospodarzem. Opowiadał dowcipy, rozśmieszał wszystkich i żartował z gośćmi. Był duszą towarzystwa, ale obserwowałem go z kuchni, gdy podawał kolejne porcje jedzenia, i coś mi nie pasowało.

Jego śmiech był głośny, energia zaraźliwa, ale oczy puste. Wyglądał, jakby grał jakąś rolę. Kiedy nikt nie patrzył na niego, jego wyraz twarzy się zmieniał. Uśmiech zniknął, zastąpiony czymś mrocznym, smutnym. Przyjęcie zakończyło się około 2 w nocy. Goście wyszli, chwaląc gościnność i dziękując panu Mario za wspaniały wieczór. Kiedy ostatni gość wyszedł, pan Mario długo stał w drzwiach, wpatrując się w pustą ulicę.

Potem powoli zamknął drzwi i bez słowa poszedł na górę do swojego pokoju. Sprzątałyśmy z Rosalíą do czwartej nad ranem. Kiedy w końcu udało mi się zasnąć, minęłam gabinet pana Mario. Pod drzwiami znów zapaliło się światło i usłyszałam coś, co złamało mi serce. Usłyszałam szloch, stłumiony płacz, jakby ktoś próbował nie wydawać dźwięku, ale nie potrafił stłumić bólu. Stałam jak sparaliżowana na korytarzu. Nie wiedziałam, co robić.

Musiałem zapukać. Udawać, że nic nie słyszałem. W końcu ruszyłem w stronę swojego pokoju, ale tej nocy nie mogłem zasnąć, rozmyślając o tym, co usłyszałem. Mężczyzna, który rozśmieszał miliony, płakał samotnie w swoim studio o czwartej nad ranem. W styczniu 1952 roku coś się zmieniło w domu. Pani Valentina zaczęła częściej znikać. Mówiła, że ​​odwiedza przyjaciół, że ma jakieś spotkania towarzyskie, że musi spędzić kilka dni w Cuernavaca, ale jej nieobecności stawały się coraz dłuższe i częstsze.