Rocío spojrzała na nas, najwyraźniej oceniając, jakie to będzie miało konsekwencje dla jej własnej wygody.
„Dokąd więc idziesz?” zapytała.
„Jeszcze nie wiem.”
Prawda wydawała się dziwnie wyzwalająca.
Po raz pierwszy od lat mój kolejny krok nie zależał od charakteru Sergia ani próśb Rocío.
Było po prostu… moje.
Sergio nagle zrobił krok naprzód, a jego głos stał się ostrzejszy.
„Nie możesz po prostu odejść i zrujnować mi życia przez coś głupiego”.
Zauważyłem, że funkcjonariusze lekko się wyprostowali.
„To, co rujnuje życie” – powiedziałem cicho – „to myślenie, że inni ludzie należą do ciebie”.
Te słowa zaskoczyły nawet mnie.
Nie planowałem tego.
Po prostu przybyli.
Sergio przeczesał włosy dłonią.
„Zachowujesz się irracjonalnie.”
„Może” – przyznałem.
„Ale ja już skończyłem.”
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, wpatrując się w moją twarz, jakby spodziewał się dostrzec wahanie, które zawsze tam było.
Ale coś fundamentalnego się zmieniło.
Nie próbowałem go już przekonać.
Mówiłem po prostu prawdę.
A prawda, raz wypowiedziana jasno, ma dziwny ciężar.
W końcu prychnął.
„Dobrze. Pojedź do mamy na kilka dni. Uspokoisz się.”
„Moja matka zmarła trzy lata temu” – powiedziałem.
Słowa te wypowiedział z cichym, ostatecznym przekonaniem.
Sergio pierwszy odwrócił wzrok.
Rocío znów się poruszyła, wyraźnie czując się nieswojo, gdy sytuacja przestała ją bawić.
„No cóż” – powiedziała niezręcznie – „możemy porozmawiać później. Nie ma potrzeby angażować policji”.
Ale to już było zaangażowane.
Oficerowie stali pośrodku salonu, będąc niemymi świadkami życia, które dopiero co zakończyliśmy demontować.
Podniosłem ostatnie pudełko.
Był lżejszy od pozostałych.