W środku wszystko pachniało porządkiem i kontrolą – skóra, cedr, droga woda kolońska. Nacisnął ukryty zatrzask pod biurkiem i panel otworzył się z kliknięciem. W środku: pendrive, paszport, dokumenty ubezpieczeniowe… i teczka z moim nazwiskiem.
Otworzyłem.
Ubezpieczenie na życie. Mój podpis sfałszowany.
Beneficjent: Daniel Whitmore.
Data: osiem dni temu.
Za tym – akta dwóch innych kobiet. Notatki. Osie czasu. Chłodne obserwacje: odosobniona, bezbronna, bez rodziny w pobliżu.
Wsadziłem wszystko do torby.
"Iść."
Pobiegliśmy przez podwórko w stronę drogi serwisowej. Eli dotrzymywał mi kroku – pewnie, z wprawą.
„Moja mama nie umarła od tabletek” – powiedział nagle.
Spojrzałem na niego.
„Ona już wcześniej krzyczała” – wyszeptał.