Ray niechętnie udał się na spotkanie.
Wrócił do domu z dokumentami medycznymi i pustym, zaskoczonym wyrazem twarzy.
„Czwarte stadium raka” – powiedział cicho do Hannah.
„Już jest wszędzie. Za daleko.”
Pracownicy hospicjum wprowadzili się do domu w ciągu kilku dni.
Aparaty medyczne pracowały bez przerwy, a tabele leków pokrywały każdą powierzchnię lodówki.
W noc poprzedzającą śmierć Raya, powoli wszedł do pokoju Hannah i ostrożnie usiadł na krześle obok jej łóżka.
„Wiesz, że jesteś najlepszą rzeczą, jaka mi się kiedykolwiek przytrafiła, prawda?” powiedział.
Hannah próbowała rozjaśnić tę nie do zniesienia chwilę.
„To trochę smutne, wujku Rayu.”
„To nadal prawda” – odpowiedział.
„Nie wiem, co zrobię bez ciebie” – wyszeptała Hannah, a łzy spływały jej po twarzy.
„Będziesz żyć” – powiedział stanowczo Ray.
„Słyszysz mnie? Naprawdę będziesz żył swoim życiem.”
Zatrzymał się, jakby zbierał odwagę na coś trudnego.
„Przepraszam” – powiedział cicho.
„Za rzeczy, o których powinnam ci powiedzieć dawno temu.”
Ray czule pocałował Hannah w czoło.
Zmarł spokojnie następnego ranka.
Na pogrzebie ludzie ciągle powtarzali to samo.
„Był takim dobrym człowiekiem” – powtarzali, jakby to proste zdanie zawierało wszystko.
Po nabożeństwie pani Patel wręczyła Hannah zapieczętowaną kopertę.
Na przodzie koperty widniało imię Hannah napisane wyraźnym, rozpoznawalnym charakterem pisma Raya.
Pierwszy wers podziałał na nią jak fizyczny cios.
„Hannah, okłamywałem cię całe życie. Nie mogę już dłużej nosić w sobie tej tajemnicy”.
Ray szczegółowo opisał noc wypadku samochodowego.
Nie ta wysterylizowana wersja, w którą Hannah zawsze wierzyła.