Powiedział mu, że to dlatego, że bardzo go kocha. Chłopiec odpowiedział: „Ja też cię kocham, wujku Mario. Wujku Mario, nie mogłem nazywać go tatą, musiałem mówić wujku”. Te słowa złamały mu wtedy serce i łamały je każdego dnia. Kiedy mi to wszystko opowiadał, łzy płynęły mu niekontrolowanie po twarzy. Ja też płakałem. Nie mogłem dać mu żadnych słów pocieszenia. Mogłem tylko być przy nim, słuchać, być świadkiem jego bólu. Po tej rozmowie pan Mario i ja nawiązaliśmy inną relację.
Nie był już tylko moim szefem; był człowiekiem, który zwierzył mi się ze swojego najgłębszego bólu. Przestałem postrzegać go jako Cantinflasa, idola, a zacząłem widzieć w nim po prostu Mario, złamanego człowieka, który próbuje przetrwać. W październiku tego roku zacząłem zauważać, że pan Mario robi coś innego. Zaczął szukać sposobów, by pomagać biednym dzieciom. Anonimowo przekazywał pieniądze do domów dziecka. Płacił za operacje chorych dzieci. Fundował stypendia szkolne. Wszystko w tajemnicy, bez rozgłosu, bez uznania.
Zapytałem Rosalíę, czy wie, dlaczego to robi. Wyjaśniła, że to jej sposób radzenia sobie z bólem. Skoro nie mogła być ojcem dla własnego syna, to przynajmniej mogła pomagać innym. Każde dziecko, któremu pomagała, było jak uratowanie cząstki jej syna. To był jej sposób na dalsze bycie ojcem, nawet jeśli pośrednio. W listopadzie 1952 roku wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Pani Valentina ogłosiła, że przeprowadza się na stałe do Cuernavaca. Nie będą już mieszkać razem.
Pojawiali się publicznie. Pojawiali się razem, gdy było to konieczne, ale każde z nich miało swoje własne życie. Oficjalny rozwód nie był możliwy ze względu na ich wizerunek publiczny, ale to było najbliższe, co mogli osiągnąć, jeśli chodzi o separację. Pan Mario nie sprzeciwiał się tej decyzji. Myślę, że w głębi duszy czuł wręcz ulgę. Nie musiał już udawać, nawet w domu. Mógł być sobą, przynajmniej w zaciszu własnego domu. Pani Valentina wyjechała pewnego grudniowego poranka z kilkoma walizkami.
Pożegnał nas z chłodną uprzejmością. Bez łez. Bez dramatu, po prostu ciche odejście, które oznaczało koniec szarady, która trwała o wiele za długo. Kiedy dom był pusty, tylko pan Mario, Rosalía, ja i ogrodnik, który przychodził trzy razy w tygodniu, atmosfera całkowicie się zmieniła. Nie było już ciągłego napięcia, nie było więcej aktorstwa. Pan Mario trochę się rozluźnił. Zaczął spędzać więcej czasu w domu, więcej z nami rozmawiać, był mniej gwiazdą, a bardziej mężczyzną.
Pewnego grudniowego wieczoru poprosił mnie, żebym zrobiła mu gorącą czekoladę i słodki chleb. Zaprowadziłam go do gabinetu, a on zaprosił mnie, żebym usiadła z nim. „Chciałam towarzystwa” – powiedziała. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, popijając gorącą czekoladę i patrząc przez okno na ciemny ogród. Potem zapytał mnie o moje życie, o dzieciństwo, o rodzinę, o marzenia. Opowiedziałam mu o rzeczach, o których nigdy nikomu nie mówiłam. Opowiedziałam mu, jak w dzieciństwie marzyłam o zostaniu nauczycielką, jak chciałam uczyć dzieci w mojej wiosce czytać, ale jak bieda zmusiła mnie do porzucenia szkoły w wieku dwunastu lat.
Opowiedziałem mu o moim tacie, o tym, jak pracował, dopóki jego ciało nie wytrzymywało, o mojej mamie, która prała cudze ubrania spękanymi, krwawiącymi rękami od szorowania. Słuchał wszystkiego z autentyczną uwagą. Kiedy skończyłem mówić, powiedział coś, co mnie zaskoczyło. Powiedział, że jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż się wydaje. Oboje pochodziliśmy z biedy. Oboje musieliśmy poświęcić marzenia z konieczności. Oboje dźwigaliśmy ciężary, którymi nie mogliśmy podzielić się ze światem.
Różnica polegała na tym, że miał pieniądze i sławę, ale to nie czyniło go bardziej wolnym ani szczęśliwszym. Opowiedział mi o swoim dzieciństwie w dzielnicy Tepito, o tym, jak biedna była jego rodzina, jak musiał pracować od najmłodszych lat, żeby pomóc matce. Powiedział mi, że jako młody człowiek był szewcem, cieślą i toreadorem. Próbował tysiąca różnych zajęć, zanim odkrył, że potrafi rozśmieszać ludzi, a kiedy to odkrył, uczynił z tego zawód, ale nigdy nie wyobrażał sobie, że zawód ten stanie się więzieniem.
Wyjaśnił mi, że kiedy jesteś biedny i nieznany, masz wolność. Możesz płakać publicznie, możesz być smutny, możesz być sobą, ale kiedy stajesz się idolem narodowym, tracisz wolność. Musisz być tym, kim ludzie od ciebie oczekują. Musisz się uśmiechać, nawet jeśli umierasz w środku. Musisz grać nieustannie, niestrudzenie, bez wytchnienia. Tej nocy zrozumiałem coś fundamentalnego. Sława to nie dar; to przekleństwo w przebraniu. Pan Mario zdobył miłość milionów, ale stracił wolność, prywatność, prawo do bycia człowiekiem.
Był uwielbiany, ale zupełnie sam. W kolejnych tygodniach te nocne rozmowy stały się rutyną. Dwa lub trzy razy w tygodniu, po tym jak Rosalía poszła spać, pan Mario prosił mnie, żebym została z nim na chwilę. Rozmawialiśmy o wszystkim: o życiu, śmierci, straconych marzeniach, żalach. Opowiadał mi rzeczy, o których nigdy nikomu nie mówił. Słuchałam bez osądzania, oferując mu swoje ciche towarzystwo. Opowiadał mi o swoim ciągłym strachu przed zapomnieniem.
Mówił, że sława jest ulotna, że ludzie są zmienni, że jednego dnia go uwielbiają, a następnego mogą się od niego odwrócić. Bał się zestarzeć, przestać uważać go za zabawnego, stracić miejsce w sercu Meksyku. W styczniu 1953 roku dotarła do niego wiadomość, która jeszcze bardziej go zdruzgotała. Marion wysłała mu list z informacją, że jego syn, Mario Arturo, został oficjalnie adoptowany przez ojczyma. Chłopiec nosił teraz inne nazwisko. Prawnie nie był już synem Mario Moreno; był synem innego mężczyzny.
Wszelkie więzy prawne zostały zerwane. Pan Mario przeczytał ten list w swoim gabinecie. Sprzątałem korytarz, gdy usłyszałem stłumiony krzyk, a potem odgłos czegoś pękającego. Wbiegłem do środka. Rzucił lampą o ścianę. Stał na środku gabinetu ze zmiętym listem w dłoni, drżąc z bólu i wściekłości. Podszedłem powoli. Wyjąłem mu list z ręki, zanim podarł go na strzępy. Opadł na fotel i rozpłakał się jak dziecko.
Uklękłam obok niego i przytuliłam go. To był dziwny moment – gosposia obejmująca najsłynniejszego mężczyznę w Meksyku. Ale w tamtej chwili nie byliśmy pracodawcą i pracownikiem. Byliśmy dwojgiem ludzi, którzy dzielą się żałobą. Kiedy w końcu się uspokoił, poprosił mnie, żebym przyniosła mu sejf, który trzymał w szafie. Przyniosłam go, a on otworzył go na moich oczach. W środku były zdjęcia, listy, rysunki dzieci, pukiel dziecięcych włosów. To były jedyne pamiątki po synu.
Pokazał mi każdy przedmiot, wyjaśniając jego pochodzenie. To zdjęcie pochodziło z jego pierwszych urodzin. Ten rysunek wykonał chłopiec, gdy miał cztery lata. Ten list był od Marion, kiedy powiedziała mu, że jest w ciąży. Zachował to wszystko jak bezcenny skarb, bo to było wszystko, co mu zostało. Jego syn wciąż żył gdzieś w Stanach Zjednoczonych, dorastał, chodził do szkoły, bawił się z przyjaciółmi. Ale dla pana Mario było to tak, jakby umarł. Nigdy go już nie zobaczy, nigdy go już nie przytuli, nigdy nie usłyszy jego śmiechu.