Mój ojciec podniósł whisky i rzucił puentę: "Jeśli moja córka jest generałem, to ja jestem baletnicą." Moja mama uśmiechała się jak jedwab. Mój brat się w tym rozżywał. A ja usiadłem przy stole 19 przy wyjściu awaryjnym — dokładnie tam, gdzie mnie położyli: cichy, wymazany, jednorazowy. Wtedy wszedł pułkownik, zasalutował i zawołał moje imię z taką rangą, że pokój zrobił się zimny. Bo to, co zachowywali przez lata, nie było tylko tajemnicą — to była broń. A dziś wieczorem... przyszło po odbiór.

Bellwick & Crest posiadała udziały inwestycyjne poprzez podmioty typu shells i organizacje non-profit. Świat Finna. Krąg mojego ojca. Ten sam krąg, który łatwo śmiał się z rzeczy, których nie rozumiał.

Bezpieczny obiekt w Waszyngtonie celowo wyglądał na zapomniany. W środku były same zamki, ekrany i ludzie, którzy poruszali się, jakby doskonale wiedzieli, jak kruchny może być świat.

Zajęłam miejsce na czele stołu odpraw.

"Daj mi najczystszą wersję," powiedziałem. "Brak ego. Bez obrotu."

Zrobili to.

A gdy mapa wypełniała się sygnalizacją, trasami i oknami czasowymi, jedna prawda stała się oczywista:

To nie były trzy oddzielne problemy.
To był jeden plan, z trzema maskami.

"Śledź pieniądze," powiedziałem.

I maszyna ruszyła.

CZĘŚĆ 6 — SIEĆ, NIE MŁOTEK
Zbudowałem międzyagencyjną komórkę na tyle małą, by pozostać cichą, a jednocześnie na tyle ostrą, by ciąć.

Cybernetyczna przynęta, która nie zagrażała szpitalom. Finansowe tropiły skorupy jak psy gończe. Bio zidentyfikował trasę transportu. Marynarka utrzymała postawę, nie łapiąc się na przynętę.

Pozwoliliśmy konwojowi "sprzętu medycznego" się ruszyć. Obserwowaliśmy to. Obserwowaliśmy przekazanie telefonu.

Gdy pojemnik wynurzył się — szczelny, wojskowy, nie medyczny — dałem Navarro jedyne słowo, które się liczyło:

"Zielony."