Pewnego popołudnia, około 15:00, kiedy nudziłem się w pracy, otworzyłem aplikację, żeby zabić czas. Powiadomienie pokazało, że w sypialni wykryto ruch, więc najpierw kliknąłem w tę kamerę.
Jake pracuje z domu. Tego ranka pocałował mnie na pożegnanie i zażartował: „Kocham cię. Nie pozwól, żeby ci idioci w pracy cię dziś denerwowali”.
Załadował się film z sypialni.
I zobaczyłam, jak mój mąż wszedł do pokoju.
Chodzić.
Nie walczy. Nie ciągnie się za meble.
Po prostu wszedł.
Zamarłem. Początkowo założyłem, że transmisja wideo uległa awarii albo odtwarza stare nagranie. Przewinąłem więc nagranie i sprawdziłem inną kamerę.
Znów tam był — Jake, w naszej sypialni, stojący o własnych siłach.
Nie poruszał się idealnie, ale najwyraźniej był w stanie chodzić. Przeszedł przez pokój, otworzył szufladę, chwycił koszulę i odwrócił się z powrotem w stronę łóżka. Potem lekko podskoczył na piętach, jakby sprawdzał równowagę.
Poczułem się chory.
Przeszedłem na inne aparaty.
O południu był w kuchni — na spacerze.
O 1:15 był już w swoim biurze i spacerował.