"Oczywiście."
Założyłem, że mówiła poważnie, ponieważ Becca była najmłodsza, wciąż niemowlęciem, ale te słowa później powróciły, by mnie prześladować.
Kiedy nadszedł czas, dotrzymanie obietnicy danej Rachel nie było trudne. Ani ona, ani jej mąż nie mieli bliskich krewnych chętnych do zabrania dzieci. Mój mąż nie wahał się ani chwili.
W ciągu jednej nocy zostaliśmy rodzicami szóstki dzieci.
Dom wydawał się mniejszy, głośniejszy i bardziej zagracony, ale także pełniejszy w sposób, którego nie potrafiłem do końca wyjaśnić.
W miarę jak tygodnie zamieniały się w miesiące, dzieci stawały się sobie bliższe jak rodzeństwo, a mój mąż i ja kochaliśmy je wszystkie jak własne. Po kilku latach życie w końcu odzyskało stabilizację. Zaczęłam myśleć, że przetrwaliśmy najtrudniejszy etap.
Ale pewnego dnia, gdy byłem sam w domu, ktoś zapukał do drzwi.
Na ganku stała dobrze ubrana kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem.
Wyglądała na kilka lat młodszą ode mnie, może pięć. Miała mocno związane włosy i nosiła drogi szary płaszcz. Ale najbardziej rzucały się w oczy jej oczy. Były zaczerwienione i opuchnięte, jakby niedawno płakała.
Nie przedstawiła się.
„Jesteś przyjaciółką Rachel” – powiedziała. „Tą, która adoptowała jej czwórkę dzieci?”
Skinąłem głową, choć sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że przeszły mnie ciarki.